się do smaku dzieciństwa.
– Może i tak, – odpowiedział, ale w jego głosie nie było zgody, było rozdrażnienie ukryte za uprzejmością.
Rozmowy powtarzały się raz po raz, jakby w kółko. Starałam się nie brać tego do siebie, przekonywałam siebie, że to nie krytyka mnie jako osoby, a jedynie nawyki żywieniowe. Ale z każdym razem poczucie własnej nieudolności w kuchni rosło, choć obiektywnych powodów do niego nie było.
Przyjaciółki, którym żaliłam się ostrożnie, przy filiżance herbaty, pukały się w czoło.
– Liza, ty masz złote ręce, – mówiła Ola, jedyna, której zwierzałam się szczerze. – Zapomniałaś, jak przepisywałam od ciebie przepis na charcho trzy razy? Jak podawałam twoje syrniki swojej teściowej, a ta pytała, gdzie kupiłam?
– Czyli problem nie we mnie, – odpowiadałam, ale głęboko w środku zwątpienie już zapuściło korzeń.
Dima nie był człowiekiem brutalnym. Nie krzyczał, nie rzucał talerzami, nie urządzał scen. Jego pretensje brzmiały miękko, niemal czule — „a u mamy”, „mama zawsze tak
Dalszy ciąg na następnej stronie