temat znajomości i pożytecznych kontaktów, i w środku narastała w nim głucha niezgoda.
– Aniu, jesteś pewna? – zapytał raz, wprost, patrząc córce w oczy.
– Tato, nie zaczynaj – odpowiedziała zmęczona. – Zawsze wszystkich mi wybierasz.
To był drażliwy temat. Ojciec od dzieciństwa decydował za nią o wielu rzeczach: gdzie się uczyć, kim zostać, z kim się przyjaźnić. Ania marzyła o zawodzie weterynarza — od najmłodszych lat przynosiła do domu ranne ptaki, bezdomne kocięta, raz ukryła pod łóżkiem szczeniaka na dwa tygodnie, zanim się wydało. Ale Walerij Walerjewicz uważał ten zawód za niepoważny, bez perspektyw, niegodny córki człowieka jego kręgu, i wymusił studia prawnicze. Ania skończyła je, zaczęła pracować w zawodzie, ale nigdy nie wybaczyła ojcu tego wyboru. Relacje między nimi z biegiem lat nie poprawiały się, a zmieniły się w serię uprzejmych, napiętych telefonów na święta.
Kiedy Ania wychodziła za mąż, ojciec nie pojawił się na weselu — przysłał tylko krótkie życzenia i prezent, którego
Dalszy ciąg na następnej stronie